Strona:Ignacy Krasicki-Bajki i przypowieści.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie mówiąc nic nikomu,
Powędrował do domu.
Już widział z bliska
Miłe siedliska.
Już do swojego domku się spieszył,
Gdy strzelec skrzydło strzałą wskróś przeszył.
Wpadł w studnię i ostatnia ginęła otucha,
Szczęściem niespodziewanem studnia była sucha.
Więc kiedy się ocucił,
A do lotu jak mógł powrócił,
A raczej gdy sił zdobywał,
Ponad ziemię podlatywał
Pełen wesela,
Znalazł dóm i przyjaciela.
A doznawszy, jak podróż i trudzi i smuci,
Przysiągł, iż więcej do niej nie powróci.


CXXVII. PLATON.


Platon raz swoje zgromadziwszy ucznie,
Wybornie, sztucznie
Dowodził, jako mędrzec panuje nad światy:
Sam dzielny, sam bogaty,
Jemu się ziemia sili, jemu wschodzą zorze,
Pieni się morze,
I powietrze i gwiazdy i słońce i nieba
Dają, co trzeba.
On lotem nieścignionym wybujałej myśli,
Czy co działa, czy kreśli,
Zawiaduje żywiołmi, ziemią, oceanem,
Zwierząt, ludzi jest panem.
A pchła, co go w nos gryzła, nie zważając na to,
Rzekła: To dla Platona, a dla mnie jest Plato.