Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kwasić się trzeba w tych czterech ścianach.A dziś akurat taka pogoda, jaką ja pasyami lubię: mróz kilkunastostopniowy, śnieg skrzypi pod nogami, a niebo takie czyste, jakby nigdy chmur nie widziało. Coby to była za przyjemność tak się przelecieć piechotando—-choćby do Łazienek na przykład!
Stęskniłem się już strasznie za moją kochaną Warszawą, za ulicami, trotuarami i całym zgiełkiem ulicznym. Jak tylko wstanę, zaraz pierwszego dnia ze Stachem urządzimy wędrówkę po mieście. Już taki sobie bal zrobimy.
Do Warszawy jestem dziecinnie przywiązany. Może to nawet śmieszne takie przywiązanie, umiłowanie jednego kącika świata, ale ono, doprawdy, dopełnia mi trochę życie. A czemżebym ja sobie umilił swoje wieczorne wędrówki po ulicach z jednego krańca miasta na drugi, gdyby nie ta sympatya do trotuarów, gmachów, latarni gazowych?
Lapończyk tęskni do swoich bezbrzeżnych oceanów śniegu, Arab do pustyni, a ja do moich płomieni gazowych, skupionych do siebie na placach, jak gwiazdy