Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzemiące, jakieś świadomości, kontrole, zdawania sprawy, — wszystkie istoty niesłychanie wymagające, wiecznie niezadowolone, zgryźliwe, przesadne, — i musimy im służyć.
Ja już nie potrafię się cofnąć do tego stanu prostoty. Licho zbudzone we mnie nie da się uśpić, ani wyżenąć. Będzie tkwiło zawsze, ażeby, jak cień, towarzyszyć każdej myśli, każdemu zachceniu i pytać ciągle: „a po co? a dlaczego? a w jakim celu?“ Całe usiłowania skierować tylko mogę na to, żeby płacz w śmiech, a narzekania w drwiny obrócić. Może tak znośniej mi będzie na świecie.
Dziś pytałem się Starzeckiego, kiedy będę mógł wyjść po raz pierwszy. On mi robi nadzieję, choć sam nie ukrywa, że go dziwi ta długa rekonwalescencya. Zachodzą podobno jakieś dziwne komplikacye. To najgorsze, że gorączka nie ustępuje.Przez nią nie mogę do sił powrócić, — a tych mi tylko trzeba, żeby się nazwać zdrowym zupełnie.
Głupia rzecz ta choroba: chciałoby się choć dryndą po mieście przejechać, a tu