Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raz ta bezczynność odkrywa mi wiele stron duszy, nieistniejących dotychczas, albo może raczej przytłumionych. Z pewną ciekawością śledzę się obecnie, jakim ja jestem w głębi, jaką drogą poszedłby mój umysł, gdyby był pozostawiony zupełnie sobie samemu, nierozrywany na wszystkie strony codziennemi, małemi sprawkami. Wogóle uważam, że jestem skłonnym do jakiegoś marzycielstwa, a nawet, wprost powiedziawszy-mazgajstwa. Tego ostatniego strasznie się boję. Jeżeli już nie mogę się zdobyć na optymizm życiowy, choćby na wzór Stacha, wolałbym drwić ze wszystkiego, niż płakać, bo ostatecznie wszelkie kwilenia i utyskiwania na życie funta kłaków nie warte i nic a nic nie łagodzą jego ciężaru. Żale i narzekania to najniedołężniejsza filozofia życiowa. Łzami się muru nie rozpuści, a oczy wypłynąć mogą. Już lepiej kląć i złorzeczyć, a najlepiej nic nie robić, tylko żyć i żyć, jak Zosia moja.Niesłuszniem się nad nią litował-prędzejby zazdrościć można. Taka filozofia najdoskonalsza, bo jej wcale niema. Myśmy sobie pobudzili jakieś licha, w głębi nas