Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ałów, a jednak... życie nie ziszcza tej drobnej cząsteczki.

29 lutego.

Kuracya siłą woli zakończyła się fatalną porażką. Pozawczoraj zemdlałem na krześle i widocznie upadłem, bom się znalazł po ocknieniu na podłodze. Dziw wielki, żem głowy nie rozbił. Na szczęście, nikt nie widział, bom, jak zwykle, był sam: inaczej byłby mi Stach nową awanturę wyprawił.
Widocznie zaszkodziło mi długie pisanie. Rzeczywiście przesadziłem trochę: pisałem ze trzy godziny, w zapale nie czując zmęczenia. Potem wziąłem jakąś książkę, chcąc koniecznie wytrwać do końca na krześle. Ale już w czasie czytania czułem, że mi się w głowie coś dziwnego wyrabia. Litery skakały mi przed oczami, wykręcały się jak węże — i, pomimo wysiłków nic dojrzeć nie mogłem. Potem przed oczami rozpostarła się jakaś czarność, w głowie szum straszny, jakby kto trzepał dywany; sufit pokrył się cały świecącemi plamami, które, rozpryskując się na