Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie wiem, czy ja pierwszy, czy on rzucił projekt wyjazdu za granicę po skończeniu uniwersytetu. Zresztą wszystko jedno. To wiem, że mamy wyjechać, a dokąd właściwie i po co, to już sprawa albo jego przekonań, albo mego widzimisię. Tak czy owak, jedziemy, bośmy sobie poprzysięgli celować bardzo wysoko. On już ma cel, idzie do niego bardzo wytrwale; ja może też we włóczędze życiowej wynajdę sobie cel jaki i tak będziemy się piąć obadwaj.
Czy dojdziemy i dokąd dojdziemy, któż wie? On nie wątpi, ja mam tylko jakieś instynktowne poczucie, że iść trzeba, — i pójdę, — a los nam koniec pokaże.
Ach, życie, życie! — co ono z nas porobi? Takby się teraz chciało podnieść rąbek tej zasłony, co nam przyszłe lata zasłania, żeby choć tyle ujrzeć, aby się przekonać, czy ta praca teraźniejsza jakiś owoc wyda. Doświadczenie uczy, że żadna chwila życia nie jest zupełnem ziszczeniem pokładanych w niej nadziei. Staramy się niby korzystać z doświadczenia, kurczymy się i ograniczamy w rojeniach, zdaje się, żeśmy już zniżyli do minimum skalę pragnień i ide-