Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szel, osłabienie, — to jeszcze nie żadna choroba; wstyd się nawet przyznać do leżenia w łóżku. Ot, uczepiło się jakieś licho i po kościach tłucze, a ty cierp, nieboraku, póki się nie odczepi. Czy to nie głupia taka sytuacya?

5 marca.

Stach mój ma jakieś wielkie zmartwienie. W głowę zachodzę, co to takiego być może. Gdyby mu kto umarł lub zachorował, byłby mi powiedział przecież; a tymczasem na usilne moje nalegania i prośby nie chce nic powiedzieć; nawet się wypiera i gorączkowo chce mię zapewniać, że mu się nic nie stało, — ale mnie nie potraf! oszukać. Znam go za dobrze, żeby nie umieć zmiarkować, w jakim jest nastroju.
Wczoraj wieczorem powrócił blady, zmieniony strasznie; a kiedy się witał ze mną, widziałem, jak drżał. Uderzyło mię i to również, że usilnie się starał panować nad sobą i nie dać nic poznać. Kolacyi jednak nie jadł zupełnie, a potem, zamiast się wziąć,