Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 2.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakże, staruszku, znalazłeś co dla młodych?
Mistrz spojrzał na córkę, na narzeczonego, na małżonkę, która oczyma wisiała mu na ustach, i odpowiedział lakonicznie:
— Nie znalazłem.
Potem spojrzał na Wejwarę i rzekł:
— Jak pan uważa, Wejwaro, ile ma być pokojów?
Wejwara zakaszlał:
— Myślę, że tak ze dwa, najwyżej trzy, gdyby były mniejsze...
— I ja myślę, że najwyżej trzy — wtrącił Kondelik. — A ile chcesz pan płacić?
Wejwara się zarumienił. Było to pytanie, nad którem się jeszcze nie zastanawiał, więc znów zakaszlał i odparł:
— Sądzę, że mógłbym się odważyć na trzy setki.
Kondelik uśmiechnął się dziwnie.
— Ile pan teraz płacisz?
— Teraz płacę dziesięć reńskich miesięcznie za pokój z osobnem wejściem.
— Gdyby to było tak blizko do wesela, to poradziłbym panu, ażeby się tego mieszkania trzymał. Sto dwadzieścia rocznie. Policz pan trzy pokoje, trzy razy po sto dwadzieścia rocznie, trzysta sześćdziesiąt, czy nie? Wezmę pana z sobą, a posłyszysz co taki pan powie, gdy go zapytać o mieszkanie w nowym domu.