Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 2.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Burmistrz wam powinien wyszukać mieszkania, gdy się o was tak postarał.
Wejwara opuścił głowę.
Mistrz Kondelik ciągnął dalej:
— Podobałoby się przy ulicy Wodiczkowej?
Pepcia się zarumieniła, Wejwara podniósł głowę. Jakżeby im się nie miało podobać!
— Widziałem dziś mieszkanko, jak malowane. Wprawdzie tylko dwa pokoje, ale wystarczyłoby dla was.
— Ależ, tatusiu, naturalnie, żeby wystarczyło — pośpieszyła Pepcia z odpowiedzią.
— Duże nie są, to prawda ale za to na czwartem piętrze. Ładne, widne, na czwartem piętrze musi być widno! Przedpokój jak pudełko do zapałek, wystarcza na wieszak do ubrania, a to ważne, ażebyście wody i śniegu nie strząsali z ubrania w pokoju. Kuchenka z okienkiem, piec porcelanowy, obok niego kranik wodociągowy, w pokojach fryzy, wszystko bardzo miłe. Widok na Petrzyn i na świętego Wita, na magistrat nowomiejski, na Teatr Narodowy, na Praszną bramę — bardzo ładny. Co mówicie? Podobałoby się wam? Zupełnie nowe, nikt tam jeszcze nie mieszkał, żadnej choroby tam nie było, samibyście to sobie zachuchali? No?
Pepcia coraz więcej promieniała. Na Boga, o takiem mieszkanku marzyła.
— A ile kosztuje, Kondeliku — pytała pani.
— Tylko sześć setek! — wybuchnął Kondelik.
Wszyscy umilkli, z twarzy Pepci zniknął rumieniec. Żart był bolesny. Wejwara zwiesił głowę.