Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nalepiony na okienku. Ach, choćby się nawet i spóźnili, ale gdyby tylko znalazł, gdzie leżą te Czernoszyce! Gdzie one są? Przeklęty kolega!
Wtem pochyliła się ku niemu jakaś wielka, rozczochrana głowa, pokryta niebieską czapką i głos, jak tuba, odezwał się:
— Szanowny pan chce pewnie do Czernożyc, to jest na północno-zachodnim, ale szybko, bo pan nie zdąży.
— Aniele, zbawco! — wołał w duchu Wejwara, patrząc na zarosłego portyera i byłby go pocałował.
Wcisnął mu wdzięcznie grube cygaro, prawdziwe „kuba,” wykręcił się i śpieszył ku Kondelikom, którzy nie pojmowali w jaki sposób dostaną się do Czernoszyc, skoro pociąg właśnie odjechał.
— Mała omyłka, szanowny panie — objaśniał zakłopotany Wejwara Kondelikowi. — Jest to nowe miejsce wycieczek, mało znane, kolega się widocznie pomylił, nie leży na tej linii kolei, ale na północno zachodniej i nazywa się Czernożyce. Czasu mamy dosyć, będziemy tam niezadługo...
Mistrz Kondelik nie rzekł ani słowa, ale wyszedł z dworca, jak postrzelony jeleń. Za nim śpieszyła pani i mocno zaaferowany Wejwara obok Pepci. Nieszczęśliwy ten aranżer zniósł wściekłe spojrzenie Kondelika, ale ogromnie wstydził się Pepci.
— Dziwna rzecz, jak się kolega Havrda mógł tak omylić! Mam nadzieję, że się nie spóźnimy, ale pan ojciec się gniewa...
— Nie gniewa się — uspakajała go Pepcia. — Tatko się także chętnie przejdzie.