Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Spojrzenie pana Kondelika, którem tylko tak od niechcenia rzucił po za siebie, było niewątpliwem zaprzeczeniem jej słowom.
Pepcia zacięła usta, Wejwara zwiesił głowę. Bez słowa biegło towarzystwo pod dworcem ku ulicy Hyberniackiej, przez Jezdecką na Porzecze i ku dworcowi północno-zachodniemu.
Mistrz walił laską o bruk, a Wejwarze zdawało się, że wszystkie te razy należą się jemu.
Pani Kondelikowa ocierała pot i moczyła już drugą chustkę.
Na północno-zachodnim dworcu było prawie pusto. Wejwara biegł ku kasie.
— Cztery bilety do Czernożyc i z powrotem!
— Do Czernożyc? — powtórzył kasyer. — Pójdzie dopiero o pół do piątej!
Wejwarze zrobiło się zimno. Czy się przeciw niemu zmówili wszyscy dyabli? Nareszcie i ten cierpliwy bohater zaczął się denerwować.
— Wybacz pan, pociąg spacerowy? O pół do piątej? Któż to jeździ na wycieczkę o pół do piątej?!
Kasyer, który był dziwnie dobrze usposobiony, jak mało który kasyer kolei żelaznej, chętnie zaczął tłómaczyć.
— To właśnie nie jest pociąg spacerowy, panie, to jest pociąg: prawdziwie zwyczajny, w niedzielę, jak w dzień powszedni. Tu masz pan: Czernożyce — przez Osek, Chlumec i Hradec Królowej — Czernożyce pod Smirzycami.
— Przepraszam pana — jęczał Wejwara, w którym budziło się niemiłe przeczucie nowej, strasznej