Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pójdźmy więc, jam gotów! — westchnął mistrz i przebiegł spragnionym, żałosnym wzrokiem po pokoju.
Z Jecznej ulicy na dworzec Franciszka Józefa jest ładny kawałek drogi.
Przebrzmiał właśnie drugi dzwonek, lokomotywy różnych pociągów gwizdały, jak najęte, kasy były oblężone, zewsząd dawało się słyszeć ogłuszające nawoływanie. Wejwara dobił się ostatni do okienka i zażądał cztery bilety do Czernoszyc i z powrotem.
— Czernoszyc! — huknął kasyer po niemiecku. — Nie znam! Jak to będzie po niemiecku?
— Mój Boże, Czernoszyce! — wołał Wejwara rozpaczliwie. — Jest to czwarta lub trzecia stacja.
Kasyer przebiegł oczyma jakąś tabliczkę, pochylił ją ku Wejwarze i mówił niechętnie:
— Tu jest rozkład jazdy, poszukaj pan sobie, ja Czernoszyc nie mogę znaleźć. Może pan chce do Czerczan?
— Nie, panie kasyerze, do Czernoszyc, nie mylę się bynajmniej — mówił Wejwara błagalnie.
— Jesteś pan więc na niewłaściwym dworcu! — krzyknął kasyer, spuścił okienko i zniknął w swojej norze.
Wejwara stał zmiażdżony, nie decydując się powrócić ku towarzystwu.
Na peronie dzwoniono po raz trzeci, lokomotywa gwizdnęła przeciągle, ostatni wycieczkowicze pędzili szturmem do pociągu, przed którym biegali konduktorzy, nawołując:
Rasch, rasch, einsteigen, fertig!
Wejwara patrzył zdrętwiały na rozkład jazdy,