Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cziczi szła sama od grobu do grobu. Wiatr miotał jej czarnym welonem. Drobne loczki wysuwały się z pod żałobnego kapelusza, ilekroć pochylała głowę, usiłując odczytać jakiś napis. By móc iść swobodniej unosiła spódnicę sukni, odsłaniając drobne stopki, które sprężyście zanurzały się w zagony. Otaczała ją rozkoszna atmosfera życia, ukrytego piękna, miłości, gdy tak stąpała po tej ziemi śmierci i rozkładu.
Zdala dał się słyszeć głos ojca:
— Jeszcze nie?
Oboje starzy niecierpliwili się, pragnąc co najprędzej odnaleźć grób syna.
Minęło pół godziny na bezowocnych poszukiwaniach. Wciąż nazwiska nieznajome, bezimienne krzyże, lub napisy, noszące cyfry innych pułków. Don Marceli ledwo już mógł utrzymać się na nogach. Chodzenie po tych miękkich zagonach było dla niego męką. Zaczął już rozpaczać. Ach! Nie znajdzie nigdzie mogiły Julka!
Wtem Cziczi zawołała:
— Tu!... tu!
Starzy pobiegli, potykając się na każdym kroku. Cała rodzina zgromadziła się przed kopczykiem ziemi, mającym nieokreślony kształt trumny, zaczynającym już okrywać się trawą. W głowach krzyż, a na nim litery głęboko wyrznięte nożem, pobożne dzieło towarzyszów broni: „Desnoyers“. A, poniżej w wojskowych skrótach, stopień, pułk, i kompanja.
Długie milczenie. Donja Luiza uklękła natychmiast z oczyma utkwionemi w krzyż; oczyma o zaczerwienionych powiekach, które już nie mogły płakać.