Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


który czasem ze spóźnioną złością eksplodował mu w rękach. Ale wieśniak nie zna strachu, gdy mu chodzi o przyszłe pożywienie, i posuwał się dalej w prostej linji, zawracając jedynie, gdy dochodził do jakiegoś widocznego grobu. Zagony rozdzielały się pobożnie, otaczając swą falistością niby wyspę te kępy ziemi najeżone chorągiewkami lub krzyżami. Grudka ziemi, ukryta w jakichś sinych ustach, miała w sobie rodne zaczątki przyszłego chleba. Kiełkujące nasiona gotowe już były zapuścić korzonki w te czaszki, które przed niewielu miesiącami nosiły w sobie szczytne nadzieje lub potworne ambicje. Życie miało znów się odnowić.
Automobil przystanął. Przewodnik pobiegł między krzyże, nachylając się, by odczytać na wpół zatarte napisy.
— To tu!
Na jednym z grobów odnalazł numer pułku.
Cziczi i jej mąż wyskoczyli spiesznie. Potem wysiadła donja Luiza z bolesną sztywnością, tamując łzy. I wszyscy troje zaczęli pomagać ojcu, który wydobywał się z futrzanych powijaków. Biedny pan Desnoyers! Stanąwszy na ziemi zachwiał się; poczem jął posuwać się pracowicie, poruszając z trudem nogami, zanurzając laskę w zagony.
— Oprzyj się, mój stary — rzekła żona, podając mu rękę.
Zaczął się powolny, uciążliwy pochód pomiędzy grobami. Przewodnik oglądał krzyże, sylabizując nazwiska; René czynił to na swoją rękę z drugiej strony.