Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nij o naszyjniku. Przyślij nam fortepian. Rzeźbiony kredens bardzo by mi się podobał. Francuzi mają piękne rzeczy“...
A nad wspólnym grobem, na obcej ziemi, białej od wapna sterczał samotny krzyż. W pobliżu trzepotały się chorągiewki. Kręciły się to na prawo to na lewo, jak głowa, która przeczy, uśmiechając się ironicznie... Nie!... Nie!
Automobil posuwał się wciąż naprzód. Przewodnik wskazywał teraz grupę dalekich mogił. Tam niewątpliwie bił się pułk. I automobil zjechał z gościńca, pogrążając koła w świeżo poruszonej ziemi, zataczając szerokie kręgi, by omijać mogiły, rozrzucone kapryśnie jak los zdarzył.
Prawie wszystkie pola były zaorane. Pod ostatnimi promieniami zimowego słońca zaczynała się uśmiechać natura, ślepa, głucha, nieczuła, nieświadoma naszego bytowania, przyjmująca obojętnie w swoje wnętrzności zarówno jedną, drobną ludzką kruszynę jak miljony trupów.
Rolnik zaorał grunta i napełnił nasieniem zagony. Ludzie mogą mordować się w dalszym ciągu; ziemia niema nic do czynienia z ich wzajemną nienawiścią i nie przerwie dla nich biegu swego życia. Czasem lemiesz natknął się na jakieś podziemne przeszkody... na trupa bezimiennego i bez mogiły... Ale wnet posuwał się dalej, bez poszanowania dla tego, czego się nie widzi. To znów zatrzymywały go mniej łagodne zapory. Były to pociski, które się zaryły w ziemię i nie wybuchnęły. Rolnik wykopywał ten przyrząd śmierci,