Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Łzy towarzyszyły jej aż dotąd. Teraz uciekły, jak gdyby odegnane ogromem boleści, niezdolnej podporządkować się zwykłym objawom.
Ojciec stał, patrząc z rodzajem podziwu na ten wiejski grób. Jego syn był tam; tam na zawsze i już nie zobaczy go nigdy. Odgadywał go tam, śpiącego we wnętrznościach pola, bez żadnej powłoki, w bezpośredniem zetknięciem z ziemią, takim, jakim go zaskoczyła śmierć, w tym lichym, bohaterskim mundurze. Myśl, że korzenie roślinności dotykały może tej twarzy, którą on całował z taką miłością, że deszcze spływały wężowemi strugami wzdłuż tego ukochanego ciała wstrząsnęła nim jak zniewaga. Przypomniał sobie te nadzyczajne starania, z jakiemi je Juljan pielęgnował za życia: ciepłe kąpiele, masaże, wzmacniające ćwiczenia z bronią i boks, lodowate tusze, wytworne perfumy... wszystko poto, żeby zgnić na jakiemś polu żyta, jak kupa gnoju, jak bydle robocze, które grzebią na tem samem miejscu, gdzie zdechło przemęczone.
Byłby zabrał stąd natychmiast swego syna i rozpaczał, że nie może tego uczynić. Ale zabierze go, skoro tylko pozwolą i zbuduje mu iście królewskie mauzoleum. I na cóż się to przyda? Zabierze kupkę kości, ale jego ciało, jego postać; wszystko, co stanowiło czar jego osoby, pozostanie tu zmięszane z ziemią. Syn bogatego Desnoyersa zespolił się na zawsze z jakimś lichem polem w Szampanji. O! męko! I aby dojść do tego, on, ojciec, tyle pracował, gromadząc miljony.
I nie wiedział nawet, jaką była jego śmierć. Nikt nie mógł mu powtórzyć jego ostatnich słów. Nie wie-