Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cza śmierci pokrywała cały krajobraz. Nie było jednego skrawka ziemi wolnego od tego pełnego chwały i żałoby zlotu. Szara, świeżo poruszona pługiem ziemia, żółtawe drogi, ciemne gaje, wszystko dygotało niezmordowanem falowaniem.
A ten krzyk ziemi, którego słowami był furkot tysięcy chorągiewek, śpiewał dniem i nocą owo potworne starcie, jakiego świadkiem były te pola, noszące jeszcze na sobie tragiczne ślady.
— Polegli!... polegli! — szeptała Cziczi, goniąc oczyma szeregi krzyży, mknące wzdłuż automobilu nieskończonym pochodem.
— O! Panie!... za nich!... za ich matki! — powtarzała donja Luiza, nie przestając się modlić.
Tu rozegrały się najzaciętsze walki; walki na sposób starożytny; zderzenie się ciała o ciało, poza okopami, na bagnety, na kolby, na pięście, na zęby.
Przewodnik, zaczynający orjentować się, wskazywał różne punkty samotnego widnokręgu. Tam stali strzelcy afrykańscy, dalej jeszcze szaserzy. Największe nagromadzenie grobów znajdowało się tam, gdzie żołnierce linjowi szli do ataku na bagnety po obu stronach drogi.
Automobil stanął. René wysiadł tuż za żołnierzem, żeby odczytywać napisy na krzyżach. Może tu właśnie leżeli polegli pułku, którego szukali. Cziczi wysiadła także machinalnie, zawsze gotowa opiekować się mężem.
W każdej mogile spoczywało po kilku ludzi. Ilości trupów można się było doliczyć po kepi i kaskach gni-