Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ry miesiące, podając prośby i zwalczając przeszkody, żeby pragnieniu don Marcelego mogło się stać zadość.
Nareszcie pewnego ranka wojskowy automobil powiózł całą rodzinę Desnoyersów. Senator nie mógł im towarzyszyć. Krążyły pogłoski o bliskiej zmianie gabinetu i on musiał pokazać się w Wysokiej Izbie, na wypadek, gdyby Republika zażądała jego usług dotychczas niedocenianych.
Spędzili noc w jakiemś prowincjonalnem mieście, gdzie znajdowała się komendantura jednego korpusu wojsk. René zasiągnął wiadomości od oficerów, którzy brali udział w wielkiej bitwie. Z mapą w ręku słuchał ich objaśnień, aż trafił wreszcie na odcinek, na którym walczył pułk Juljana.
Nazajutrz zrana ruszyli w dalszą podróż. Jeden z żołnierzy, którzy brali udział w bitwie, służył im za przewodnika, siedząc obok szofera. René, raz po raz, spoglądał na mapę rozłożoną na kolanach i zadawał pytania żołnierzowi. Ten, chociaż pułk jego bił się w pobliżu bataljonu Juljana, nie mógł zorjentować się dokładnie w miejscowości. Pole wyglądało teraz zupełnie inaczej, niż kiedy je widział zatłoczone bijącymi się. I automobil posuwał się zwolna, to głównym gościńcem białym i gładkim, to zjeżdżając na boczne drogi, kręte i poprzecinane głębokiemi bruzdami, w które zapadał automobil z przeciągłym piskiem resorów. Czasem jeździł na ukos od jednej grupy krzyżów do drugiej, rozpłaszczając swemi koleinami świeżo zorane zagony.
Groby... groby na wszystkie strony. Biała szarań-