Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nadzwyczajny sposób wojna pokierowała karjerą jego syna.
Wracając do domu, rozminął się z Margaritą Laurier. Przed paru dniami mówił mu o niej senator. Brat jej, artylerzysta, poległ pod Verdun.
— Iluż to ludzi ginie! — pomyślał don Marceli. — Co pocznie jego nieszczęśliwa matka!
Ale uśmiechnął się wnet, myśląc o tych, co się rodzą. Nigdy ludzie nie zajmowali się tak gorliwie przedłużaniem gatunku. Ta sama pani Laurier obnosiła z dumą swe, już bardzo widoczne pod żałobnemi welonami, macierzyństwo. Don Marceli z pewną czułością objął wzrokiem jej zaokrągloną postać. Przyrzekał sobie, że jeżeli Laurier'om urodzi się syn, postara się być mu w danym razie hojną w życiu pomocą.
Donja Luiza wyszła na jego spotkanie do przedpokoju z oznajmieniem, że senator przyszedł i czeka na niego.
— Zobaczymy, co nam opowie nasz znakomity powinowaty — rzekł don Marceli wesoło.
Ale zacna kobieta czuła się niespokojną. Zatrwożyło ją niewiadomo dlaczego uroczyste zachowanie się senatora; spostrzegła też, że René rozmawia z ojcem pocichu z hamowanem wzruszeniem.
Poszła więc zaciekawiona za mężem, który pośpieszył do salonu.
Nagle usłyszała krzyk... jaki tylko może wydać, człowiek, którego opuszczają siły. I wbiegła w porę, by podtrzymać męża, padającego na ziemię.
Senator zmięszany, zakłopotany usprawiedliwiał