Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łości. Nigdy mięso nie dosięgało takich cen. Pieniądze płynęły drzwiami i oknami, a wydatki się zmniejszyły... Julkowi wprawdzie groziła ciągle śmierć; ale on miał to głębokie przekonanie, że nic złego stać mu się nie może. Jedynem jego zajęciem było zachowywać spokój; unikać silnych wrażeń. Pewną troską napełniały go zgony osób znanych: polityków, artystów, pisarzy. Codziennie umierał ktoś wybitny. Wojna zabija nie tylko na froncie. Jej wstrząśnienia krążyły po miastach jak strzały, kładąc trupem ludzi wątłych, wyczerpanych którzy w czasach normalnych byli by żyli bardzo długo.
— Baczność, Marceli — mówił sobie żartobliwie — spokojnie. Trzeba unikać czterech jeźdźców przyjaciela Czernowa.
Spędził wieczór w pracowni rozmawiając z nim i z Argensolą o wiadomościach, jakie podawały dzienniki. Zaczęła się ofenzywa francuska w Szampanji; ofenzywa pomyślna, przyczem wzięto wielką ilość jeńców.
Desnoyers myślał ile to ludzkich egzystencji mogło kosztować. Ale nie zaniepokoił się wcale o los Juljana. Syn jego nie był w tej części frontu. Poprzedniego dnia otrzymał list od niego z datą poprzedniego tygodnia; ale prawie wszystkie listy przychodziły z takiem opóźnieniem. Podporucznik Desnoyers jest w jak najlepszym usposobieniu. Spodziewał się lada dzień awansu i przedstawiono go do Legji Honorowej. Don Marceli widział się w przyszłości ojcem młodego generała, jak to bywało za czasów Rewolucji. W tak