Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jaką otoczy męża; na staraniach, poświęconych jego niedołęztwu.
— Mój ty biedulku! mówiła z miłosną pieszczotliwością. — Ci rabusie zostawili mi go takim brzydkim i takim do niczego!... Ale na szczęście ja tu jestem, która go uwielbiam... Nic nie szkodzi, że ci brak ręki; ja ci ją zastąpię; będziesz moim synkiem. Zobaczysz, gdy się pobierzemy, jak cię zawsze wyelegantuję! Tylko pamiętaj, żebyś mi się nie sprzeniewierzył! Gdy tylko spostrzegę, że zerkasz na inne kobiety, zostawię cię twemu własnemu losowi...
Desnoyers i senator zajmowali się także przyszłością młodej pary; ale w praktyczniejszy sposób. Przedewszystkiem, niech by się pobrali. Na co czekać? Wojna nie była przeszkodą. Zawierało się więcej małżeństw niż kiedykolwiek, ale pocichu, w najbliższem otoczeniu. Nie była to pora na uczty.
I po ślubnym obrzędzie, który się odbył w obecności kilkunastu osób, René przeprowadził się do domu na Avenue Victor Hugo.
Don Marceli o czem innem marzył dla córki; o hucznem weselu, o którem rozpisywały by się dzienniki; o zięciu, mającym przed sobą świetną przyszłość. Ale cóż! wojna! Wszystkim się ona dała we znaki.
A on, nie miał się jeszcze na co skarżyć. Czego mu było brak? Cziczi była szczęśliwą i swą hałaśliwą, egoistyczną wesołością napełniała cały dom. Interesa szły świetnie. Po przesileniu pierwszych chwil zapotrzebowania wojenne wpłynęły w sposób jak najkorzystniejszy na produkty jego amerykańskich posiad-