Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kobiecemu pięknym. Twarz miał pooraną bliznami, tworzącemi na niej sine arabeski. Takie same miał po całem ciele. Lewa ręka zniknęła z częścią przedramienia, i tylko rękaw wisiał na tej bolesnej próżni. Druga ręka opierała się na lasce, bez której nie byłby mógł stąpać, bo jedna noga była bezwładną. Ale Cziczi była zadowolona. Patrzyła na swego żołnierzyka z większym zachwytem niż kiedykolwiek. Był trochę pokiereszowany, ale taki zajmujący. Obie wraz z matką towarzyszyły mu w przechadzkach po Lasku. Spojrzenia jej sypały błyskawice oburzenia, gdy przy przejściu środkiem alei automobiliści i stangreci nie zatrzymywali się, by dać wolną drogę inwalidzie. „Bezwstydne Kryjaki!“ Burzyła się w niej ta sama złość kobiet z ludu, które w swoim czasie urągały Renému, widząc go zdrowym i szczęśliwym. Drżała z zadowolenia i dumy, oddając ukłony przyjaciółkom. Oczy jej mówiły: Tak; to jest mój narzeczony. „Bohater“. Troszczyła się o Krzyż Wojny i sama przypinała mu go na piersiach błękitnawej bluzy, by był jak najwidoczniejszym. Pielęgnowała też jego mundur, zawsze ten sam. stary, ten, w którym padł raniony. Nowy dawałby mu pozór wojskowego biuralisty; jednego z tych, co zostali w Paryżu.
Napróżno René, odzyskując siły, chciał się wyzwolić z pod jej despotycznej opieki. Napróżno próbował chodzić sam, gdy bezwład nogi ustąpi.
— Oprzej się na mnie.
I musiał wziąć narzeczoną pod rękę. Wszystkie jej plany na przyszłość gruntowały się na pieczołowitości,