Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przeobrazili się. Zobaczą go; i tego było dosyć, żeby myśleli, że już jest uratowany.
Narzeczona pośpieszyła do szpitala z przyszłym teściem i matką. Potem zjawiała się sama; upierając się, żeby stamtąd wcale nie wychodzić, wojując z zakonnicami i sanitarjuszkami, które budziły w niej nienawiść współzawodnictwa. Ale przekonawszy się, że tą drogą niczego nie dokaże, spokorniała, starając się dobrocią i wdziękiem zjednać sobie wszystkie te kobiety. Wreszcie pozwolono jej spędzać większą część dnia przy Reném.
Desnoyers ledwo mógł wstrzymać się od łez, patrząc na leżącego w łóżku artylerzystę. Ach! takim mógłby być jego syn. René wyglądał jak mumja egipska, cały obandażowany. Odłamki pocisku podziurawiły go jak sito. Widziało się tylko jego słodkie oczy i złocisty wąsik, wysuwający się z pomiędzy białych opasek. Biedak uśmiechał się do Cziczi, która czuwała nad nim, rozporządzając się tu, jak we własnym domu.
Minęło dwa miesiące. René powracał do zdrowia. Cziczi nigdy w to nie wątpiła, odkąd mogła go pielęgnować.
— Mnie nie umrze nikt z tych, których kocham — mówiła z taką samą wiarą, jaką okazywał jej ojciec — Ja bym też pozwoliła, żeby bosze pozbawili mnie męża!
Zachowała swego „żołnierzyka z cukru“ ale w stanie opłakanym. Nigdy don Marceli nie zdawał sobie sprawy z okropności wojny, jak kiedy zobaczył wchodzącego do domu tego rekonwalescenta, którego przed kilku miesięcami znał smukłym, zgrabnym, trochę po