Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zejskie wzruszył się, ujrzawszy wdzięczną postać kobiecą, idącą w przeciwnym kierunku. Była to pani Laurier... Czy Julek ją pozna? Wydało mu się, że ten odwraca się, pobladłszy, i patrzy na inne osoby z udanem roztargnieniem... Ona szła dalej, wyprostowana, obojętna... Stary oburzył się na taki chłód... Przejść koło jego syna i nie wyczuć instynktownie jego obecności! Ach! kobiety! Obejrzał się za nią i natychmiast musiał odwrócić głowę. Margarita stała za nimi, blada ze zdziwienia, śledząc głębokiem spojrzeniem oddalającego się oficera. Don Marcelemu zdawało się, że czyta w jej oczach zachwyt, miłość, całą nagle zmartwychwstającą przeszłość... Biedna kobieta! Poczuł dla niej ojcowskie przywiązanie, jak gdyby była żoną Juljana. Wiedział od senatora, że Margarita ma zostać matką. I stary, nie biorąc w rachubę ani pogodzenia się małżonków, ani czasu, jaki upłynął wzruszył się tem macierzyństwem, jak gdyby jego syn miał w tem udział.
A tymczasem Juljan szedł dalej, nie odwracając głowy, nie wyczuwszy tego utkwionego w jego plecach spojrzenia, blady i usiłujący ukryć doznane wrażenie. I nigdy się niczego nie dowiedział. Myślał, że Margarita przeszła mimo, nie poznawszy go, ponieważ ojciec zatrzymał to przy sobie.
Jedną z największych przyjemności don Marcelego było nakłonić syna, by opowiedział jak i kiedy odniósł ranę. Skoro tylko przyszedł jaki gość odwiedzić młodego wojaka, stary wnet występował z prośbą: