Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skowy. To był bohater; i ten bohater był jego synem. Życzliwe spojrzenia publiczności w tramwajach lub podziemnej kolei przyjmował jako dowód sympatji dla nich obu, a zaciekawiony wzrok, jaki kobiety rzucały na ładnego chłopca, budził w nim pewną próżność i niepokój. Wszyscy wojskowi, jakich spotykali, choćby najobficiej udekorowani, wydawali mu się niegodni porównania z Julkiem. Ranni, wysiadający z powozów przy pomocy lasek, lub idący o kulach napełniali go uczuciem upokarzającej dla nich litości. Nieszczęśliwi!... Nie poszczęściło im się jak jego synowi. Tego, to nikt nie zabije; skoro przypadkiem otrzymał ranę, to wylizał się z niej gracko, bez śladu.
Czasem, zwłaszcza wieczorem pod wpływem nagłej wspaniałomyślności, pozwalał Juljanowi wyjść samemu. Przypominała mu się jego młodość tak obfitująca w miłosne przygody przed wojną. Cóż by to dopiero było teraz przy tej sławie i uroku dzielnego żołnierza! Zajrzawszy do jego sypialni przed pójściem spać, wyobrażał sobie bohatera w miłem towarzystwie jakiejś wielkiej damy. Tylko jakaś kobieca znakomitość była godną Julka; jego duma ojcowska nie godziła się na nic mniej... I nigdy mu nie przyszło do głowy, że Julek był z Argensolą w jakimś music-hallu, albo w kinematografie, używając monotonnych i niewybrednych rozrywek Paryża, osmuconego wojną, z całą prostotą upodobań podporucznika i, że na punkcie miłosnych przygód jego tryumfy ograniczały się na odnowieniu paru dawnych stosunków.
Pewnego dnia, gdy szedł z synem przez Pola Eli-