Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niema takiego, co by Julka zabił... tak mu mówiło serce.
I pewnego dnia ujrzał go wchodzącego do domu wśród okrzyków i płaczu kobiet. Biedna donja Luiza nie mogła się utulić od łez, wieszając mu się na szyi, a ojciec podziwiał złoty trójkącik na piersi, i brodę, krótką, starannie utrzymaną, zupełnie inaczej wyglądającą niż w okopach. Wogóle cały był czysty i wyświerzony, tylko co wyszedłszy ze szpitala.
— Nieprawdaż, że podobny do mnie? — rzekł stary z dumą.
A donja Luiza potakiwała:
— Zawsze był twoim żywym portretem.
Don Marceli pławił się w rozkoszach chluby i dumy przez te dwa tygodnie. Podporucznik Desnoyers nie mógł wyjść sam na ulicę. Zaledwie nałożył w przedpokoju ciemno błękitny, płaski kask, który teraz w okopach zastępował tradycjonalne kepi, już czatujący na to jego rodzic zjawiał się z kapeluszem i laską; gotów mu towarzyszyć.
— Pozwolisz, że pójdę z tobą? Nie przeszkadzam ci?
Mówił to tak pokornie, z taką gorącą żądzą, że syn nie śmiał mu odmówić. A gdy chciał powałęsać się trochę z Argensolą, musiał wymykać się tylnemi schodami i uciekać się do innych wybiegów uczniaka.
Nigdy pan Desnoyers nie przechadzał się z takiem zadowoleniem po ulicach Paryża, jak teraz obok tego młodzieńca w płaszczu chwalebnie zniszczonym i z piersią zdobną w dekoracje: Krzyż Wojenny i Medal Woj-