Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Opowiedz, jak cię zranili... Opowiedz, jak zabiłeś niemieckiego kapitana.
Juljan wymawiał się z przykrością. Miał już dosyć swojej własnej historji. Aby zadowolnić ojca opowiadał ten wypadek osobno senatorowi, osobno Argensoli i Czernowowi w pracowni, osobno każdemu ze znajomych w domu rodziców... Nie mógł już więcej.
Więc ojciec rozpoczynał opowiadanie na swój rachunek, cieniując je szczegółami, zaczerpniętymi z własnej wyobraźni, przyczem nieodmiennie zwracał się do syna:
— Nieprawdaż, Julku, że tak było?
I Julek potwierdzał, pragnąc, by się ta uprzykrzona historja jak najprędzej skończyła. Niestety! skończyła się nie tylko ona, ale i cały jego dwutygodniowy pobyt pod rodzicielskim dachem.
Podporucznik powrócił na front, a rodzina musiała poprzestawać na listach, niepokojąc się, gdy nie przychodziły dość często i posyłając mu paczki wszystkiego tego, co handel wymyślił dla wojskowych: rzeczy potrzebnych i zgoła zbędnych.
Matka wpadła poprostu w rozpacz. Pobyt Juljana uprzytomnił jej tem dotkliwiej jego nieobecność. Widząc go, słuchając tych opowiadań o śmierci, w których lubował się ojciec, zdawała sobie lepiej sprawę z niebezpieczeństw, otaczających jej syna. Opadły ją złowrogie przeczucia.
— Zabiją go — mówiła do męża. — Ta rana była ostrzeżeniem z nieba.
Wychodząc na ulicę, drżała ze wzruszenia, na wi-