Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spokojnie, jak gdyby spełniając zwykłą czynność. Bój taki zawiązywał się codziennie i nikt nigdy nie wiedział, kto go zaczął. Był to skutek blizkiego sąsiedztwa obu zbrojnych potęg. Dowódca bataljonu pożegnał śpiesznie gości i odszedł, obawiając się ataku.
Znowu oficer, któremu polecono przeprowadzić tych panów, stanął na czele pochodu i ruszyli krętą, oślizgłą drogą.
Desnoyers szedł ze spuszczoną głową, wściekły na wroga, który mu zmącił i przerwał te krótkie chwile szczęścia.
Miał wciąż przed oczyma spojrzenie Julka, jego czarną, kędzierzawą brodę, która była dla niego największą nowością w całej podróży. W uszach dźwięczał mu jego poważny głos, głos człowieka, który znalazł wreszcie cel życia.
— Jestem zadowolony, tatusiu... jestem zadowolony.
Coraz dalsza strzelanina niepokoia[1] go boleśnie. A potem ogarnęła go jakaś niezachwiana, wprost niedorzeczna wiara. Ujrzał syna pięknym i nieśmiertelnym jak bóg. Przeczucie jęło mu szeptać, że wyjdzie nietkniętym z tych wszystkich niebezpieczeństw. Uważał za rzecz naturalną, żeby ginęli inni, ale Julek!...
I podczas, gdy się oddalał od niego, nadzieja śpiewała mu w duszy. I, niby echo tych błogich zapewnień, Desnoyers powtarzał sobie:

— Niema takiego, ktoby go zabił... Powiada mi to serce, które mnie nigdy nie myli... Niema takiego, ktoby go zabił!


  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – niepokoiła.