Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nątrz mieściły się amunicje i sypialnie: trzy rzędy prycz, podobnych do marynarskich koi. Pragnienie artystycznego przyozdobienia, właściwe duszom prostym, upiększyło te podziemia. Każdy żołnierz miał swoje własne muzeum, złożone z wycinków z pism ilustrowanych, i z kolorowych pocztowek. Fotografje aktorek i baletnic uśmiechały się z tekturowych ramek, rozweselając te czyste wnętrza.
Don Marceli niecierpliwił się na widok tylu mężczyzn, nie ujrzawszy pomiędzy nimi syna. Senator zrozumiawszy jego spojrzenie, zwrócił się do dowódzcy, który poprzedzał go z oznakami wielkiego uszanowania. Ten musiał uczynić pewien wysiłek pamięciowy, aby sobie przypomnieć. Kto był Juljan Desnoyers? Ale to trwało krótko. Uświadomił sobie wnet czyny sierżanta.
— Doskonały żołnierz — rzekł, — Przywołają go natychmiast, panie senatorze. Jest na służbie ze swoim oddziałem w okopach pierwszej linji.
Niecierpliwy ojciec zaproponował, aby ich tam zaprowadzono, ale dowódzca i inni wojskowi uśmiechnęli się tylko na tę prośbę. Nie dla obcych przybyszów były te otwarte korytarze, o sto lub pięćdziesiąt metrów od nieprzyjaciela bez innej osłony niż wory z ziemią. Panowało tam wieczne błoto i trzeba było pełzać po nich, będąc narażonym każdej chwili na to, że kula ugodzi lub ziemia wyrwana pociskiem obsypie.
— Tam zawsze grozi niebezpieczeństwo — ciągnął dowódca — zawsze jest strzelanina. Słyszy pan jak strzelają?