Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i zyskawszy grunt, walczący, którzy spędzili w nich zimę, postarali się zaprowadzić w nich pewne ulepszenia. W górze, nad otwartymi wąwozami, pokładli w poprzek belki ze zburzonych domów, na nich deski, drzwi okna, a jeszcze na tem wory z ziemią pokryte warstwą murawy, co nadawało grzbietowi okopu wygląd spokojny i pasterski. Te przygodne sklepienia stawiały opór granatom które grążyły się w nich, nie wyrządzając wielkiej szkody. Gdy jakiś wybuch zanadto je poturbował tryglodyci wychodzili nocą, jak odkopane mrówki i szybko naprawiali dach swojej sadyby.
Wszystko tu wydawało się czyste, tą czystością bez wdzięku i surową, jedynie dostępną mężczyznom, gdy żyją zdala od kobiet, zostawieni swoim własnym siłom. Te galerje miały w sobie coś klasztornego i więziennego zarazem. Podłoga ich była o pół metra niższa, niż na otwartych przestrzeniach, łączących jeden okop z drugim. Aby oficerowie mogli przechodzić, nie spuszczając się w dół i nie podnosząc się w górę położono od jednego wejścia do drugiego rodzaj rusztowania. Ujrzawszy dowódcę, żołnierze uszeregowali się. Ich głowy znajdowały się na wysokości pasa tych, co szli rusztowaniem. Desnoyers chciwie wpatrywał się w tych ludzi. Gdzie będzie Julek?
Przypatrywał się wyglądowi rozmaitych kryjówek. Wszystkie były jednakowo zbudowane, ale ich mieszkańcy poprzystrajali je własnemi ozdobami. Strona zewnętrzna była zawsze ta sama: poprzerzynana szczelinami, w których tkwiły karabiny, wycelowane ku nieprzyjacielowi, i otworami na mitraljezy. Wew-