Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Desnoyers usłyszał istotnie daleki trzask, którego dotychczas nie zauważył. Ogarnęła go trwoga na myśl, że jego syn znajduje się tam, gdzie tyle niebezpieczeństw na niego czyha. A jeżeli zginie, zanim zdąży go zobaczyć?
Czas wlókł się nieznośnie dla don Marcelego. Zdawało mu się, że żołnierz, posłany po Julka do tamtych okopów, nie zajdzie tam nigdy. Zaledwie zważał na to, co im pokazywał dowódzca: izby podziemne, w których żołnierze ubierali się i rozbierali; wielce pierwotne łazienki: piwnica z napisem: „Kawiarnia Zwycięstwa“ inna znów z napisem: „Teatr“. Senator natomiast oglądał wszystko z zajęciem, zachwycając się francuską wesołością, która śmieje się i śpiewa wobec niebezpieczeństwa.
Zatrzymali się przy oknie mitraljezowem, trzymając się z polecenia wojskowych obu futryn otworu, ostrożnie wychylając głowę, by popatrzeć jednem okiem. Zobaczyli głęboką jamę i przeciwległy brzeg gruntu. W niewielkiej odległości szereg drewnianych iksów, połączonych kolczastymi drutami, tworzył ścisłe sklepienie. O sto metrów dalej drugie sklepienie. Cisza panowała tu głęboka; cisza zupełnej samotności, jak gdyby świat usnął.
— Tu są bosze — mruknął dowódzca głosem stłumionym.
— Gdzie? zapytał senator, wytężając wzrok.
Dowódzca wskazał drugie sklepienie, o którem Lacour i jego przyjaciel myśleli, że należy do Francuzów. Był to okop niemiecki.