Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wilgotnego powietrza jakiś lekko brzęczący bąk przeleciał kilkakrotnie nad idącymi.
— Kule — rzekł lakonicznie oficer.
Desnoyers wtulił głowę w ramiona. Znał doskonale to brzęczenie owadów. Senator przyśpieszył kroku. Już nie czuł zmęczenia.
Stanęli przed lejtnantem pułkownikiem, który przyjął ich, jak inżynier, pokazujący swoją fabrykę, jak oficer marynarki, oprowadzający po swoim krążowniku. Był to dowódca bataljonu, zajmującego ten odcinek okopów. Don Marceli popatrzał na niego z zajęciem, myśląc, że jest on zwierzchnikiem jego syna.
— Jesteśmy tu jak na okręcie — rzekł tamten po przywitaniu. I istotnie podziemne fortyfikacje miały pewne podobieństwo z wewnętrznem urządzeniem statku Przechodzili z okopu do okopu. Należały one do najstarszych i znajdowały się na ostatniej linji: ciemne krużganki, do których pasemka światła dostawały się tylko przez szczeliny i szerokie, niskie okna mitraljez. Długa linja obrony tworzyła tunel, przerywany z rzadka krótkimi kawałkami otwartej przestrzeni. Szło się przeskakując z ciemności do światła i ze światła w ciemność, z męczącą dla oczu gwałtownością. W przestrzeniach otwartych grunt był wyższy. Znajdowały się w nich jakby ławki wszczepione w ziemne ściany, aby obserwatorowie mogli wychylać głowę lub badać okolice, posługując się periskopem. Miejsca zamknięte służyły jednocześnie za sypialnie i baterje.
Te okopy były z początku otwarte i podobne do transzei pierwszej linji. Odepchnąwszy nieprzyjaciela