Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi i drobne kamyki. Raz po raz podnosiła się góra i idący podnosili się wraz z nią. Starczyło unieść się trochę na palcach, by wyjrzeć ponad zwały ziemi. Ale widziało się tylko nieuprawne pola, pola najeżone krzyżami. Oficer wiedział z doświadczenia, jak drogo kosztowała czasem taka ciekawość, to też nie pozwalał jej przedłużać: „Dalej! Dalej!“
Minęło półtorej godziny. Obydwom przyjacielom zaczynało się już kręcić w głowie. Nie wiedzieli, czy idą naprzód, czy się cofają.
— Daleko jeszcze? — zapytał senator.
— Tam — rzekł oficer, wskazując ponad zwały ziemi.
„Tam“ była to ukazująca się w dali zburzona wieżyczka i kilka spalonych domów: resztki wsi, branej i odbieranej kilkakrotnie przez jednych i przez drugich.
Zaczęli spotykać żołnierzy, dźwigających ciężary i kubły z wodą. Mijali ich i ginęli wnet w poprzecznych drożynach. Niektórzy, siedząc na stosie drzewa, czytali z uśmiechem gazetkę, wydawaną w okopach.
Dawały się tu zauważyć te same oznaki jakie na powierzchni ziemi świadczą o sąsiedztwie zaludnionej okolicy. Rozstępowali się żołnierze, by dać przejść towarzystwu; wyglądały z zaułków twarze zarośnięte i ciekawe. W dali słychać było tłumne, suche dźwięki, jak gdyby na końcu tej drogi znajdowała się strzelnica, i jak gdyby jakieś liczne zgromadzenie bawiło się w trafianie do gołębi.
Poranek był wciąż mglisty i lodowaty. Pomimo