Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jego namacały chłodną powierzchnię stalowych rur, stojących rzędem niby butelki. Były to pociski.
— Gdyby tak ta niemiecka „marmita“ — pomyślał — wybuchnęła nad tą jamą! Toby się dopiero wszystko zakotłowało!
Ale uspokoił się, zważywszy na grubość tego sklepienia złożonego z warstw worów z ziemią i kłód, ułożonych jedna na drugiej na wysokość kilku metrów. Raptem znalazł się w zupełnych ciemnościach. Ktoś inny schronił się do „zakrywki“ i przesłonił wejście swoją osobą. Był to zapewne jego przyjaciel Desnoyers.
Minął rok... przedstawiający na jego zegarku tylko sekundę, potem wiek... również tej samej długości.. wreszcie nastąpił oczekiwany wybuch i wstrząsnął „zakrywką“, ale łagodnie z głuchą sprężystością, jak gdyby był z kauczuku. Pomimo to wybuch musiał być straszliwy. Inne eksplozje, mniejsze, skaczące, świszczące nastąpiły po pierwszej. Senator ujrzał w wyobraźni skutki tego kataklizmu; powierzchnię ziemi rozdartą, wyrzucającą z siebie dym i ogień w tysiącznych płomykach, ogarniających wszystko dokoła. Pocisk musiał wybuchnąć gdzieś blizko; może na samym placyku bateryjnym.
Wyszedł co prędzej z „zakrywki“, myśląc, że ujrzy straszliwy widok poszarpanych trupów i zobaczył syna, który uśmiechał się, rozmawiając z Desnoyers'em i zapalając cygaro... Nic! Artylerzyści spokojnie nabijali wielkie działo. Spojrzeli w górę na chwilę, gdy przelatywał pocisk nieprzyjacielski i pracowali dalej.