Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ło tylko szeregiem wystrzałów i grzmotów. Znał swoją ważność. Był sługą burzy, strażnikiem piorunu.
— Ognia! krzyknął sierżant.
I grzmot dał się słyszeć. Wszystko zatrzęsło się, ale ten huk, oswojonym już z wybuchami, wydał się drugorzędnym.
Senator chciał w dalszym ciągu opowiadać o przodku z Konwencji, gdy coś nadzwyczajnego odebrało mu głos.
— Strzelają — rzekł krótko artylerzysta, stojący przy telefonie.
Obaj oficerowie powtórzyli senatorowi tę wiadomość, otrzymaną z wieży obserwacyjnej. Alboż nie mówił, że będą strzelać? Posłuszny świętemu instynktowi samozachowawczemu i popchnięty jednocześnie przez syna, znalazł się w „zakrywce“ baterji. Nie chciał zapuszczać się w głąb. Pozostał u wejścia; ciekawość bowiem wzięła w nim górę nad obawą.
Usłyszał z rzadką bystrością nadejście niewidzialnego pocisku pomimo huku sąsiednich armat. Był to jakby jęk, rosnący w miarę zbliżania się, i senator dostrzegł trójkąt wdzięczny, który otwierał się nadlatując i napełniając sobą całą przestrzeń. Za chwilę nie był to już jęk, lecz suchy łomot wywołany jakby szeregiem zderzeń, podobny do dudnienia elektrycznego tramwaju w ulicy nadbrzeżnej, lub turkotu pociągu, przelatującego koło stacji bez zatrzymania się.
Senator ujrzał go w kształcie chmury powiększającej się, jak gdyby miał spaść na baterję. Nie wiedząc o niczem znalazł się wewnątrz „zakrywki“ i ręce