Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzy; ale dość mu było wiedzieć, że Julek podzielał zapatrywania przyjaciela, żeby pokornie zgadzać się na wszystkie teorje tamtego.
Pracowitość artysty bywała krótkotrwałą. Po kilku minutach rzucał pędzel i wolał gawędzić ze starym, siadając obok niego na sofie.
Głównym przedmiotem rozmów był oczywiście nieobecny. Powtarzali sobie ustępy otrzymywanych od niego listów, mówili o przeszłości z dyskretnymi domyślnikami. Malarz opisywał życie Juljana przed wojną jako poświęcone wyłącznie zagadnieniom sztuki. A chociaż ojciec miał pewne wątpliwości co do ścisłości tych słów, nie mniej był wdzięcznym za nie jako za wielki dowód przyjaźni. Argensola był towarzyszem dobrym i dyskretnym. Nigdy wśród najszczerszych wynurzeń nie napomknął o pani Laurier.
A właśnie stary myślał o niej często w tych dniach. Spotkał ją na ulicy pod rękę z mężem, który już wyleczył się z ran. Senator Latour opowiedział mu z zadowoleniem o pogodzenu się małżonków. Inżynier stracił tylko jedno oko i stał na czele swej fabryki, którą rząd zarekwirował dla wyrabiania pocisków. Był kapitanem i nosił dwa ordery. Senator nie wiedział dokładnie, w jaki sposób doszło do tej nieoczekiwanej zgody. Zjawili się u niego kiedyś razem, patrząc na siebie tkliwie, zapomniawszy zupełnie o przeszłości.
— Któż pamięta dzisiaj o rzeczach przedwojennych? — rzekł dygnitarz. Ani oni, ani ich przyjaciele nie przypominają sobie nawet, że się chcieli rozwo-