Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzić. Rozpoczęliśmy wszyscy nowe życie. I zdaje mi się, że tych dwoje szczęśliwsi są teraz niż kiedykolwiek.
Desnoyers własnemi oczyma patrzył na to szczęście. I on, człowiek surowej cnoty, który przed rokiem piorunował na postępowanie syna, nazywając je haniebnem i szkodliwem, patrzył teraz z pewną pogardą na Margaritę, przytuloną do męża, mówiącą do niego z miłosnem ożywieniem. Ta małżeńska szczęśliwość wydała mu się pewną niewdzięcznością. Kobieta, która wywarła taki wpływ na życie Julka! Więc można tak zapomnieć o kochaniu!
Tych dwoje przeszło koło Desnoyersa, jak gdyby go nie znali. Może kapitan Laurier nie dowidział; ale ona spojrzała na niego swemi czystemi oczyma, odwracając szybko głowę, by uniknąć jego ukłonu. Taka obojętność zasmuciła Desnoyers'a ze względu na tamtego. Biedny Julek! I, ten nieugięty moralista, gorszył się tem zapomnieniem, jak czemś potwornem.
Wojna była drugim tematem rozmów w pracowni. Argensola nie wypychał już sobie kieszeni drukami, jak na początku. Zrezygnowany, pogodny spokój nastąpił po wzburzeniu pierwszych chwil, kiedy to ludzie żyli w oczekiwaniu jakichś nadzwyczajnych, cudownych wydarzeń. Wszystkie dzienniki mówiły jedno i to samo. Dość było Argensoli przeczytać komunikat urzędowy; a nawet i na jego wiadomość mógł czekać cierpliwie, przeczuwając, że dowie się z nich mniej więcej tego samego co wczoraj.