Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dać na sofie, na której zdało mu się, że pozostał odcisk ciała Juljana, patrzeć na płótna zamalowane jego pędzlem, wdychać ciepło kominka, na którym wesoło trzaskał ogień w głębokiej, klasztornej ciszy. Błogie to było schronienie wśród tego monotonnego, osmuconego wojną Paryża, gdzie nie miał przyjaciół, bo wszyscy myśleli tylko o własnych kłopotach.
Uciechy przeszłości straciły dla niego wszelki powab. Hotel Drouot już go nie nęcił. Sprzedawały się tam właśnie ruchomości Niemców, przebywających we Francji, zasekwestrowane przez Rząd. Była to jakby odpowiedź na przymusową podróż, jaką meble z zamku de Villeblanche odbyły do Berlina. Napróżno mówili mu ajenci o braku nabywców na tych licytacjach. Nie czuł ochoty do korzystania z tych nadzwyczajnych okazji.
Po co kupować jeszcze więcej rzeczy? Na myśl o twardem życiu, jakie wiodły miljony ludzi w szczerem polu, ogarniały go ascetyczne zachcianki. Zaczął nienawidzieć splendorów swego domu przy Avenue Victor Hugo. Bez żalu myślał o zniszczonym zamku. Lęk go zdejmował na myśl, że może się da skusić do jakichś nowych zakupów. Nie; lepiej pozostać tutaj. To „tutaj“ była zawsze pracownia Juljana.
Argensola pracował w obecności don Marcelego. Wiedział, że stary nie znosił ludzi bezczynnych; rozpoczął więc kilka nowych obrazów. Desnoyers z zajęciem śledził rzuty jego pędzla i słuchał wywodów o sztuce, portrecisty dusz. Sam był zwolennikiem starych mistrzów; kupował tylko dzieła zmarłych mala-