Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


aż wieczorem. Ale zdarzało się, że don Marceli zachodził niespodzianie zrana, a on musiał biegać z miejsca na miejsce, tu zamykając, tam popychając, by pracownia zachowała wygląd pracowitej cnoty.
— Młodość!... młodość!... mruczał stary z pobłażliwym uśmiechem.
I musiał się powściągać, przypominać sobie powagę swego wieku, żeby nie prosić Argensoli, by go przedstawił spłoszonym panienkom, których obecność odgadywał w głębi mieszkania. Były może przyjaciółkami jego syna, stanowiły cząstkę jego przeszłości; i to wystarczało, by na niewidzianego, wydawały mu się pełnemi zalet i powabów.
Te niespodzianki i połączone z niemi niepokoje sprawiły, że malarzowi była czasem nie na rękę nowa przyjaźń. Przykrzyły mu się też ciągłe zaproszenia na obiad, jakiemi go stary zamęczał. Jedzenie u Desnoyers'a było bardzo dobre, owszem; ale przy stole bywało wielce nudno. Rodzice mówili tylko o nieobecnym; Cziczi, zajęta swojemi myślami, nie zwracała prawie uwagi na przyjaciela brata.
To też Argensola wymigiwał się pod różnymi pozorami od tych obiadów na Avenue Victor Hugo. Wolał chodzić do tanich restauracji ze swym kobiecym orszakiem. Stary przyjmował tę odmowę z rezygnacją,
— Więc i dzisiaj nie?
I aby sobie to wynagrodzić, spieszył nazajutrz do pracowni z wielkiem utęsknieniem.
Niewysłowioną przyjemnością dla niego było sia-