Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To wszystko Julka?
Wiele płócien należało do Argensoli, lecz ten pod wpływem wzruszenia staruszka okazał się wspaniałomyślnym. Tak; wszystko Julka. I ojciec chodził od obrazu do obrazu, zatrzymując się z oznakami zachwytu przed największemi bohomazami, jak gdyby odgadywał w nich piętno genjuszu.
— Ma talent, prawda? pytał błagalnie. — Zawsze wiedziałem, że ogromnie zdolny. Trochę szaławiła; ale charakter zmienia się z wiekiem. Teraz to inny człowiek.
I prawie rozpłakał się, słysząc jak młody Hiszpan, z właściwą mu pochopnością do uniesień, mówił o nieobecnym, jako o wielkim artyście, który zadziwi świat, gdy przyjdzie jego godzina.
Don Marceli ściskał mu ręce z wylaniem. Przyjaciele jego syna byli jego przyjaciółmi. Wiedział, jak żyją młodzi. Gdyby kiedy był w potrzebie, gdyby mu zabrakło gotówki dla oddania się swobodnie artystycznej pracy, niech sobie przypomni, że on, Desnoyers, zawsze tu jest, chętny mu służyć... A tymczasem prosi go na obiad dziś, zaraz i codziennie. Jadają teraz skromnie; wojna zmieniła tryb życia; ale znajdzie się w kółku serdecznem, jak gdyby u swoich rodziców. Argensola tak się rozczulił, że ucałował staruszka na pożegnanie.
Od tej pory don Marceli zachodził bardzo często do pracowni. Malarz musiał zapowiedzieć swoim przyjaciółkom, żeby po drugiem śniadaniu szły sobie na daleki spacer i nie pokazywały się na rue de la Pompe