Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a kończąc na Dworcu Wschodnim. Dwadzieścia siedm tysięcy ludzi w pełnym rynsztunku bojowym wylądowało w Marsylji z Maroka i przybyło do stolicy, odbywszy część drogi koleją, a część piechotą. Śpieszyli wziąć udział w rozpoczynającej się wielkiej bitwie. Były to wojska złożone z Europejczyków i Afrykańskich pułków. Widział więc, żądny wrażeń przyjaciel Juljana, oddziały spahisów w ich teatralnych mundurach, jadących na migłych, nerwowych konikach; widział strzelców marokańskich w żółtych turbanach; strzelców z Senegalu o twarzach czarnych i czerwonych czapkach, artylerzystów kolonjalnych, szaserów afrykańskich. I cały ten tłum różnobarwny a zbrojny, godzinami całemi wystawał na ulicach, czekając aż ci, co szli przodem, wsiadają do oczekujących ich na Dworcu Wschodnim wagonów.
— Przybyli w porę — opowiadał Argensola — by zaatakować von Klucka nad brzegami Oureq i zmusić go do cofnięcia się w obawie, że go otoczą.
To tylko zataił Argensola, że nocną tę wycieczkę odbył w towarzystwie milutkiej osóbki i jeszcze dwóch przyjaciółek i że ta pełna zapału i hojności gromadka rozdawała kwiaty i pocałunki smagłym wojownikom, śmiejąc się ze zdziwienia, z jakiem pokazywali im swe białe zęby.
Innego dnia znowu był świadkiem najdziwniejszego widowiska. Wszystkie automobile publiczne w liczbie jakichś dwóch tysięcy, zabierały bataljony żuawów, po ośmiu ludzi każdy i całym pędem wiozły ich aż na pole walki, tak, że żołnierze wyskakiwali