Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przedhistorycznych sterczały na polach poskręcane przez pożar stalowe wiązania armat. W pobliżu zburzonych wiosek kobiety kopały doły dla grzebania poległych. Ale to było kroplą w morzu.
— Zginiemy po zwycięstwie — myślał don Marceli — zaraza nas wydusi.
Woda w strumieniach zdawała się być rozsadnikiem zgnilizny. Ale pragnienie wzięło górę. Gdy, napiwszy się, podniósł głowę ujrzał jakieś nogi zielonawe, sterczące z nadbrzeżnego błota. Na dnie dalej leżała głowa Niemca.
Miał już za sobą kilka godzin drogi, gdy przystanął, rozpoznawszy jakiś zburzony dom. Była to karczma, gdzie posilał się, idąc w tamtą stronę. Wszedł pomiędzy okopcone mury. Chmara much zawirowała dokoła niego z brzękiem. Wstrętny odór rozkładającego się tłuszczu zadławił go niemal. Zobaczył jakąś nogę, jakby z okopconej tektury sterczała pośród szczątków. Przypomniał sobie ową staruszkę, otoczoną wnuczętami, i wydało mu się, że słyszy jej głos: „Dlaczego ci ludzie uciekają? Wojna to rzecz żołnierzy. My nic złego nikomu nie robimy i niczego nie powinniśmy się bać“.
W pół godziny potem, gdy zstępował z jakiegoś wzgórka, spotkało go coś najbardziej niespodziewanego. Zobaczył automobil paryski z taksometrem na koźle. Szofer przechadzał się spokojnie w pobliżu.
Sam rozpoczął rozmowę z tym panem, który mu się wydał brudnym i obdartym jak włóczęga, z połową twarzy zasinioną od uderzenia. Przywiózł tu kil-