Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A mimo to ilość obustronnych trupów nie miała granic.
Rzec było można, że ziemia wyrzuciła z siebie wszystkie ciała, jakie w niej złożono od początku ludzkości. Niewzruszone słońce zasiało złotymi punkcikami pola śmierci. Odłamki bagnetów, kapsle metalowe świeciły jak kawałki luster. Ciała zaczynały się rozkładać. Odór cmentarny towarzyszył wędrowcowi, stając się coraz przenikliwszy, w miarę jak posuwał się ku Paryżowi. Z początku trupy były z dnia poprzedniego, więc jeszcze świeże. Te, które spotykał po drugiej stronie rzeki, leżały od dwóch dni na polu, potem trzy, potem cztery. Chmary kruków podnosiły się z szumem skrzydeł na odgłos kroków i wnet opadały na ziemię, zatraciwszy wszelki strach przed człowiekiem.
Raz po raz spotykał gromady żywych. Były to oddziały kawalerji, żandarmi, żuawi, strzelcy. Biwakowali dokoła zburzonych budynków, przebiegając okolicę, w poszukiwaniu zbiegów niemieckich. Desnoyers musiał się tłumaczyć, pokazując pasport, jaki mu dał Latour, bez którego to pasportu nie byłby mógł postąpić krokiem dalej. Żołnierze ci — wielu z nich lekko rannych — byli wciąż pod wrażeniem zwycięstwa. Szczycili się, opowiadali swoje czyny, wielkie niebezpieczeństwa, przeżyte w dniach poprzednich: „Przepędzimy ich kopnięciem, aż do granicy“.
Oburzenie don Marcelego budziło się na nowo, gdy rozglądał się dokoła. Wsie, folwarki, domy odosobnione, wszystko w zgliszczach. Niby szkielety zwierząt