Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ku paryżaninów, pragnących zobaczyć pole bitwy. Byli z tych, co pisują do dzienników, czekał tu na nich, żeby wrócić o zmierzchu.
Don Marceli zanurzył ręką w kieszeni. Dwieście franków, jeżeli go zawiezie do Paryża. Szofer odmówił z godnością człowieka wiernego swoim zobowiązaniem. „Pięćset“. Don Marceli pokazał garść złotych monet. Tamten za całą odpowiedź, pokręcił mechanizmem motoru, który zaczął warczeć. Bitwa w okolicach Paryża nie odbywała się codziennie. Tamci klijenci mogą na niego czekać!
I Desnoyers, wsiadłszy do automobilu, widział przez drzwiczki uciekające przed nim z zawrotną szybkością owe pola zgrozy.
Dążył do życia ludzkiego... wracał do cywilizacji.
Gdy wjechali do Paryża, puste ulice wydały mu się pełnemi gwaru i ruchu. Nigdy stolica nie ukazała mu się tak piękną... Zobaczył Operę, zobaczył plac Zgody; miał wrażenie, że śni, gdy porównał to, co go otaczało, z temi polami śmierci, które tak niedawno opuścił... Nie, nie, to było niemożliwe. Jedno z tych dwóch przeciwieństw musiało być złudzeniem.
Automobil stanął; przybyli na Avenue Victor Hugo. Ale don Marceli jeszcze się nie ocknął. Byłżeby to naprawdę jego dom?
Majestatyczny odźwierny ukłonił mu się ze zdumieniem, nie mogąc pojąć, co znaczył ten wygląd obszarpańca.
— Ach! to jaśnie pan! Skąd jaśnie pan wraca?
— Z piekła — szepnął don Marceli.