Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Instynkt popchnął go w stronę domku, ale w połowie drogi wstrzymała go inna, zdumiewająca przemiana. Jakaś niewidzialna ręka zerwała jednym zamachem połowę dachu. Cała frontowa ściana runęła, rozpryskując się kaskadą odłamków i kurzu. Odsłoniło się wnętrze niby dekoracja teatralna: kuchnia, gdzie jadał, piętro nad nią z sypialnią, gdzie jeszcze stało jego nieposłane łóżko. Biedne kobiety!...
Zawrócił, biegnąc ku zamkowi. Przypomniał sobie piwnicę, gdzie spędził jedną noc w zamknięciu. I, gdy się znalazł pod jej ciemnem sklepieniem, wydała mu się najwspanialszym salonem, i jął błogosławić roztropność jej budowniczego.
Podziemna cisza przywróciła mu słuch. Dochodził go głuchy huk armat niemieckich i trzask pocisków francuskich. Przypomniały mu się pochwały, jakie oddawał działu 75, znając je tylko ze słyszenia, Teraz był świadkiem jego skutków: „Strzela aż za dobrze!“ mruknął. W krótkim czasie runie jego zamek. Wydała mu się nadmierną taka doskonałość. Ale wnet pożałował tych egoistycznych narzekań. Uczepiła go się jedna uporczywa myśl, niby wyrzut sumienia.
Wszystko to, co cierpiał, wydało mu się karą za błąd, popełniony w młodości. Nie chciał służyć ojczyźnie, a teraz pochwyciły go kleszcze wojny i tkwi w nich upokorząjąco, jak istota bierna i bezbronna, nic mając zadowolenia żołnierza, który może zadawać ciosy. Umrze, był tego pewnym, murze śmiercią marną, bez żadnej chwały; szczątki jego posiadłości staną się jego mogiłą. I pewność śmierci w ciemnościach, niby