Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kret w jamie, z której mu odwrót odcięto, uczyniła mu tę kryjówkę czemś nie do zniesienia.
Na górze szalała wciąż burza. Wydało mu się, że nad jego głową padł piorun; poczem nastąpił łoskot i trzask walących się ścian. Nowy pocisk dosięgnął zamku. Dały się słyszeć krzyki, jęki, bieganina po suficie. Zapewne granat wpadł pomiędzy umierających, którzy tam, w salonach konali.
Don Marceli zląkł się, że zostanie pogrzebany żywcem i skoczył na schody. Na dole, w hallu, gdzie niegdyś leżały dywany, a teraz piętrzyło się rumowisko sprzętów, łóżek, wśród których wydało mu się, że spostrzega drgające konwulsyjnie członki, zobaczył niebo przez zburzony dach.
Ale nie zastanawiał się nad tem; biegł, opanowany gorączkową żądzą wydostania się na otwarte powietrze. Słońce już stało wysoko. Spędził w owych podziemnych ciemnościach więcej czasu, niż sobie wyobrażał. W ogrodzie zobaczył nowe trupy w postawach tragicznych lub pociesznych. Ranni jęczeli, miotając się, lub trwali nieruchomo w bolesnem milczeniu. Niektórzy otwierali tornistry i wyciągnąwszy woreczki ze środkami leczniczymi, opatrywali sobie poszarpane ciało. Piechota strzelała teraz bezustannie. Nowe szeregi żołnierzy wchodziły do parku; jedne z sierżantem na czele; inne mając za sobą oficera z rewolwerem w ręku, którym zdawał się popędzać swoich ludzi. Była to piechota, wyrzucona z pozycji nad rzeką i przychodzącą teraz wzmocnić drugą linję obrony. Mitraljezy terkotały bez wytchnienia.