Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chomo, pławiąc się w purpurze. Cała linja piechoty przylgnęła do ziemi starając się uczynić jak najmniej widoczną. Wielu kładło sobie tornistry na głowę lub na plecy, dla obrony przeciw odłamkom szrapnela. Ale wnet zmieniali postawę z niepojętą szybkością. Leżeli teraz na wznak i zdawali się spać. Jednemu otwarł się mundur na brzuchu, odsłaniając niebieskie i czerwone jelita, które się pokazywały i chowały ze wstrząśnieniami wybuchów. Innemu urwało obie nogi. Widać było oczy wytrzeszczone zdziwieniem i bólem; usta otwarte, sczerniałe, poruszające wargami, jakby do krzyku. Ale nie krzyczały; on przynajmniej tego nie słyszał.
Stracił zupełnie świadomość czasu. Nie wiedział, czy trwał tak nieruchomo kilka godzin, czy minutę. Nie czuł żadnego bólu; tylko nieznośne drżenie nóg. Coś mu spadło na plecy. Odwróciwszy głowę zobaczył swój zamek całkiem przeobrażony. Brak mu było jednej wieżyczki. Łupkowy dach rozpadł się na drobne drzazgi; obmurówki pękały, stare drzewo wiązań zaczęło płonąć jak pochodnie.
Widok ten wstrząsnął nim silniej, niż dotychczasowe objawy śmierci.
Zdał sobie nagle sprawę ze zgrozy ślepych, nieubłaganych sił, miotających się dokoła niego. Życie zogniskowane w oczach, wstąpiło mu w nogi. Zaczął biec, nie wiedząc dokąd; czując tę samą konieczność ukrycia się, jak tamci ludzie, w okowach wojskowej karności, zmuszeni do rozpłaszczania się na ziemi i zazdroszczący płazom, że mogą stać się niewidzialne.