Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słuszeństwa. Front bitwy był olbrzymi, któż mógł odgadnąć koniec? Tu się cofali, a gdzieindziej towarzysze szli naprzód. Do ostatniej chwili żaden żołnierz nie zna wyniku bitwy. To ich tylko bolało, że z każdą chwilą oddalali się od Paryża.
Nagle don Marceli zobaczył utkwione w sobie z wyzywającą natarczywością szkiełko monokla. Chudy porucznik, w obcisłym mundurze, podobny do oficerów, jakich widywał w Berlinie, prawdziwy junker, stał o kilka kroków od niego z pałaszem w ręku, ze swemi ludźmi, jak ponury, rozłoszczony pasterz.
— Co pan tu robisz? — zapytał szorstko.
Don Marceli objaśnił, że jest właścicielem zamku.
— Francuz? — pytał dalej porucznik.
— Tak; Francuz!
Oficer zadumał się wrogo, czując konieczność uczynienia czegoś przeciwko temu wrogowi. Ale ruchy i krzyki innych oficerów wyrwały go z tych rozmyślań. Wszyscy patrzyli w górę; don Marceli poszedł za ich przykładem.
Zacisnął powieki, żeby lepiej widzieć i wkońcu, na skraju chmurki dostrzegł rodzaj komara, błyszczącego w słońcu. W przerwach milczenia pomiędzy wybuchami niemieckiej artylerji słychać było jego dalekie, przeciągłe brzęczenie. Oficerowie pokręcili głowami; „Franzosen!“ Desnoyers pomyślał to samo. Tem wytłumaczył sobie niepokój Niemców. Francuski samolot zawisł przez kilka chwil nad zamkiem, nie zwracając uwagi na białe, skołtunione chmurki, wybu-