Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chające z dołu i do kołu niego. Poiew zawrócił i oddalił się szybko.
— Już on tam wszystko spenetrował — pomyślał Desnoyers — i wie, co się tu święci.
Odgadł, że teraz zmieni się szybko bieg wydarzeń. Wszystko, co się zdarzyło dotychczas, w porannych godzinach, straciło znaczenie w porównaniu z tem, co się miało stać. Ogarnął go strach, nieprzezwyciężony strach niewiadomego, a jednocześnie ciekawość, niepokój, zniecierpliwienie wobec niebezpieczeństwa, które grozi, a nie urzeczywistnia się.
Po za parkiem, w niewielkiej odległości od parkanu dał się słyszeć potężny wybuch, jak gdyby potworny cios jakiejś olbrzymiej, jak sam zamek, siekiery. Wyleciały w powietrze całe kępy drzew, pnie przetrącone na dwoje, połacie wyszarpniętej wraz z ziemią murawy; tumany kurzu przesłoniły niebo. Z muru potoczyły się, tu i owdzie, kamienie. Szeregi niemieckie zacieśniły się; ale bez widocznego popłochu. Znali to, spodziewali się, że tak będzie, odkąd zobaczyli aeroplan. Chorągiew Czerwonego Krzyża nie mogła już nadal wprowadzać w błąd artylerji francuskiej.
Don Marceli nie zdążył ochłonąć ze zdziwienia, gdy nastąpił drugi wybuch, jeszcze bliżej parkanu; potem trzeci wewnątrz parku, Desnoyers'owi wydało się, że nagle znalazł się w innym świecie. Widział ludzi, rzeczy wskroś jakiejś fantastycznej, ryczącej atmosfery, miażdżącej wszystko z gwałtownością wściekłego rozkołysania. Trwoga przygwoździła go do