Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieziono i zwolna zaczął porządkować wspomnienia. I, jak gdyby los jego kolegów mógł interesować właściciela zamku, zaczął mówić głosem słabym i utrudnionym, który jemu zapewne wydawał się naturalnym. Zły los spotkał jego brygadę! Przybyli na front w chwili popłochu i posłano ich na pierwszy ogień. Zginął zaraz w pierwszej chwili komendant Blumhardt; pocisk 75 urwał mu głowę. Zginęli prawie wszyscy oficerowie, którzy kwaterowali w zamku. Jego Ekscellencji odłam szrapnela wyrwał szczękę. On, profesor, widział go jak leżał na ziemi i wył z bólu, a wydostawszy ukrytą na piersiach fotografję całował ją ustami pełnemi krwi. Ten sam szrapnel rozszarpał profesorowi brzuch; leżał czterdzieści dwie godziny na polu, zanim go podnieśli.
I z naukową pożądliwością uniwersytetczyka, który chce wszystko wiedzieć i wszystko sobie wytłumaczyć, dodał w ostatniej chwili z uporem kogoś, co umiera, mówiąc:
— Smutna wojna, panie. Brak podstaw do osądzenia, kto jest winny. Gdy wojna się skończy, trzeba będzie... trzeba będzie...
Zamknął oczy wyczerpany wysiłkiem. Desnoyers odszedł. Nieszczęśliwy! Odkładał godzinę sprawiedliwości do końca wojny, a tymczasem on sam kończył życie; miał zniknąć ze wszystkiemi swemi skrupułami powolnego i upartego myśliciela.
Tej nocy don Marceli nie zmrużył oka. Drżały ściany domku odźwiernego, gdzie się schronił, pękały z trzaskiem szyby; wzdychały obie kobiety w sąsiednim pokoju. Z hukiem niemieckich wystrzałów łą-